W zeszłym roku zrobiłam nawet przymiarkę do tych ażurów w postaci ogromnego "pseudoestońskiego" szala, który od chust jest zapewne dużo mniej skomplikowany, ale mimo wszystko kosztował mnie sporo wysiłku. I nerwów przy okazji też, bo włóczka ma długi włos i strasznie plątała się przy każdej próbie sprucia. Jak się domyślacie - prucia mało nie było...
Oczywiście popełniłam podstawowy błąd początkującej chusto-maniaczki, bo nitka to czysty akryl - o poprawnym zblokowaniu nie było mowy. Trochę pomogło żelazko, ale efekt jest nieproporcjonalny do pracy włożonej w wydzierganie tego cudaka. Na dodatek kolorystyka skutecznie zagłusza ażurowy wzór...
Do noszenia na kurtce lub płaszczu jest niestety za duży, ale świetnie spisuje się jako otulacz domowy na zimowe wieczory. Zawijam się w niego jak w koc i niestraszny mi żaden chłód :)
A teraz pomarzę sobie jeszcze o Echo Flower :)